Press "Enter" to skip to content

Triathlon Mietków czyli mój oficjalny debiut

Wraz z upływem czasu, samo bieganie przestało mi wystarczać, chciałem czegoś więcej! Zamarzyłem sobie że chciałbym wystartować w triathlonie. W zasadzie już w 2016 roku miałem zamiar wystartować w nim, lecz nie chciałem powtórzyć sytuacji z półmaratonem i maratonem i debiut zaliczyć na moich zasadach, w dobrym stylu. Początkowo miałem w planach zapisać się na triathlon już w 2016, ale musiałem przesunąć to o rok, co raczej dobrze wpłynęło na moje przygotowanie.
Na swój oficjalny debiut wybrałem dystans 1/4 IronMana’a, czyli 950m pływania, 45km jazdy na rowerze i 10,5km biegania. Jako miejsce tego triathlonu wybrałem Mietków. Do samego dnia startu uważałem się za dobrze przygotowanego i udało mi się zgromadzić cały potrzebny sprzęt do ukończenia zawodów, a nawet zrobienia tego całkiem dobrze. Zawody odbywały się 11 czerwca. Tego dnia pogoda była bardzo słoneczna. W strefie zmian spotkałem się ze znajomymi z grupy biegowej i dostałem ostatnie porady. Starannie przygotowałem oraz rozłożyłem swój sprzęt i w skupieniu udałem się, z pianką w ręce, na plaże aby jeszcze przed startem wejść do wody. Gdy zacząłem ubierać piankę zorientowałem się, że na mojej kostce nie ma chipa do pomiaru czasu – został w samochodzie. Pobiegłem po niego ile sił w nogach, a po drodze zahaczyłem również o zamkniętą już strefę zmian, aby zostawić okulary które zostały na moim nosie. Ogarnął mnie lekki chaos. Czy nie zapomniałem o czymś jeszcze? Czy nie zepsuje sobie zawodów przez jakaś kolejną głupotę? W tym momencie uspokoiła mnie moja Żona, która kolejny raz dzielnie kibicowała mi i uczestniczyła w realizowaniu moich pasji. Wziąłem kilka głębokich oddechów, ale niestety nie miałem już czasu na rozgrzewkę w wodzie – udało mi się jedynie wejść i parę razy ruszyć ręką. Na szczęście moja fala starowała o 10:30. Ostatnie sekundy do startu spędziłem stojąc na plaży i wizualizując sobie moje kolejne poczynania.
Nadszedł mój czas! Walka się rozpoczęła! Ruszyłem do wody jak szalony, aby zająć sobie jak najlepsze miejsce w wodzie. Po paru sekundach sytuacja się ustabilizowała, a ja chciałem spokojnie przepłynąć ten etap. Do tej pory nie miałem dużego doświadczenia z otwartą wodą, ale muszę przyznać że moje obawy i lęki szybko minęły. Obrałem punkt nawigacji „na Ślęże” i spokojnie pokonywałem kolejne metry. W połowie dystansu, na nawrocie, złapał mnie skurcz łydki. Na całe szczęście udało mi się z nim uporać dosyć szybko, nie tracąc zbyt wiele czasu. Droga powrotna nie była już taka łatwa. Moje zmęczenie było coraz większe i utrzymanie kierunku płynięcia było coraz trudniejsze. Na końcowych metrach starałem się zwiększyć tempo i z wody wyszedłem po upływie 20:10 od startu. Dobieg do strefy zmian prowadził lekko pod górkę. Podczas jego pokonywania udało mi się ściągnąć górną część pianki, tak, że po przybiegnięciu do swojego stanowiska szybko uwolniłem resztę ciała, założyłem kask i szybko pognałem z rowerem do belki startowej na której rozpoczynał się etap kolarski. Od samego początku ruszyłem z grubej rury! Podczas tego triathlonu trasa kolarska nie jest najłatwiejsza. Składa się ona z dwóch pętli. Ukształtowanie terenu sprawia, że znajdują się na niej liczne podjazdy. Ale jak wiadomo, każde „pod górkę” ma swoje „z górki”. Czułem, że moja noga podaje. Mijałem kolejnych zawodników i czułem pełną swobodę na rowerze. W okolicach 10 kilometra zjadłem żel, który ewidentnie dodał mi dodatkowej mocy. Myślę, że coraz bardziej zaprzyjaźniam się z jazdą na rowerze, a kolarstwo sprawia mi coraz większą frajdę. Na rozpoczęciu drugiej pętli spotkałem moich kibiców którzy motywowali mnie ile sił w gardłach. Przez cały etap kolarski poprawiałem swoją lokatę wyprzedając kolejnych zawodników. Myślę, że podbudowało to przed zbliżającym się biegiem. Całą trasą kolarską pokonałem w 1:24:28 co dało średnią prędkość około 32 km/h. Dwie trzecie triathlonu było już za mną. Pozostała wisienka na torcie, mój ulubiony bieg! Niestety już od samego początku walczyłem z kolką, ale chciałem się tak łatwo poddać, starałem się nie zwalniać dlatego pierwsze dwa kilometry pokonałem w tempie 4:18 min/km. Na trzecim kilometrze znajdował się postrach triathlonu w Mietkowie – podbieg po schodach na wał zalewu. Na szczęście mi udało się w miarę sprawie pokonać tą przeszkodą i chwile później biegłem już wzdłuż brzegu, trasą którą znałem z Biegu Mietkowskiego. Podobnie jak etap kolarski, bieganie również było podzielone na 2 pętle. Pierwszą piątkę zaliczyłem 22:55 (śr. tempo 4:35 min/km). Niestety było to 25 sekund wolniej niż zakładałem. Jeszcze przed biegiem ustaliłem, że będę starał się biec ze średnim tempem 4:30. Myślę, że połączenie gorącą, słońca i schodów sprawiło, że mój plan rozmył się z rzeczywistością. Ja też nie chciałem za wszelką cenę się go trzymać. W końcu to mój pierwszy triathlon i głupio byłoby go nie ukończyć. Drugą piątek zaliczyłem jeszcze 10 sekund wolniej niż poprzednią, ale to już dla mnie się nie liczyło tak bardzo. Na ostatnich metrach rozpocząłem mój finisz. Udało mi się wyprzedzić jeszcze kilku zawodników przed tym jak z uśmiechem na twarzy wpadłem na metę. To już koniec.
Ukończyłem mój pierwszy triathlon na dystansie ¼ IM. Moja radość oraz satysfakcja nie miała końca, czułem się fantastycznie. Na mecie odebrałem gratulacje od mojego najwierniejszego kibica – Żonki, a także znajomych. Spędziłem jeszcze chwile w strefie finiszera jedząc lody i chłodząc nogi w basenie z lodowatą wodą, a przy tym uśmiechając się do samego siebie. W końcu mogłem uczciwie nazwać się triathlonistą.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *