Press "Enter" to skip to content

5 PKO Nocny Wrocław Półmaraton czyli walka do samego końca

W nocnym półmaratonie we Wrocławiu wystartowałem po raz 3. Jak do tej pory uważałem, że ciąży na mnie klątwa tego biegu. Jeszcze nigdy nie byłem zadowolony z mojego wyniku. Gdy słyszałem, jak wszyscy zachwalają warunki do bicia rekordów, zawsze podchodziłem do tego z mocną rezerwą. Jedno było pewne, atmosfery tego biegu nie można porównać z żadnym innym.

Mój plan na ten bieg był jasny – miałem zamiar podjąć drugą próbę złamania 1:30 na dystansie półmaratonu. Czułem się wyjątkowo dobrze. Moje przygotowanie fizyczne również było na wysokim poziomie. Przecież 3 tygodnie temu przebiegłem na zawodach 15 km ze średnim tempem 4:10 min/km w pełnym słońcu. Dodając do tego parę kilometrów w wolniejszym tempie oraz znacznie zimniejszą temperaturę, wszystko wskazywało na to że wizja realizacji celu była całkowicie realna. Dodatkowo umówiony byłem z instagramowym znajomym który był oficjalny zającem na ten czas. Zostało tylko pobiec…
Pakiet na bieg odebrałem dzień wcześniej, aby całą sobotę spędzić na regeneracji i mentalnym przygotowaniu do biegu. Rano po późnym śniadaniu, gdyż pobudka również była zdecydowanie później niż zawsze, wybrałem się na szybkie zakupy. Cały czas wizualizowałem sobie mój bieg i zastanawiałem się jak mi pójdzie. Starałem się nie okazywać zdenerwowania które gdzieś wewnątrz mnie siedziało, żeby nie nakręcać jeszcze bardziej mojej Żony która również miała wystartować w tym biegu. Praktycznie całą resztę dnia spędziłem leżąc, ładując węglowodany oraz uzupełniając płyny. Około 20 wyruszyliśmy w stronę Stadionu Olimpijskiego. Wyjechaliśmy stosunkowo wcześnie, gdyż nie chciałem utknąć w korku i stresować się dojazdem na ostatnią chwilę, a także aby chłonąć atmosferę święta biegania we Wrocławiu. Na miejscu spotkaliśmy się z resztą znajomych. Wymieniliśmy parę zdań, ale czuć było że rozmowy się nie kleją, każde z nas starało się być skupionym i wykorzystać jak najlepiej ostatnie chwile przed startem. Z racji tego iż moja strefa startowa znajdowała się zaraz przy linii startu, w okolicy 21:30 pożegnałem się życząc wszystkim jak najlepszego biegu i poszedłem zająć swoje miejsce. Nie spodziewałem się iż, taki będzie panował tłok, że tak wiele osób będzie chciało ustawić się przy baloniku oznaczającym czas ukończenia w 1:30. Napięcie rosło coraz bardziej, a minuty dłużyły się. Chciałem już wystartować, już biec, już mieć to za sobą!! Gdy wybiła 22 tłum ruszył na ulice Wrocławia w rymie muzyki z filmu Rocky. Początkowo panujący chaos sprawił że mój balonik troszkę uciekł do przodu. Nie chciałem go gonić za wszelką cenę, lecz stwierdziłem że stopniowo dojdę do niego. Na drugim kilometrze wszystko już było na swoim miejscu i biegłem razem z grupą. Początkowe kilometry mijały dosyć lekko i nawet nie wiem kiedy znaleźliśmy się na Moście Grunwaldzkim, który oznaczał 3 kilometr biegu. Tempo było równe a ja momentami nawet nie czułem, jak szybko biegniemy. Pierwsze 5 kilometrów pokonałem w 21:12 min (śr. tempo 4:14). Czułem się lekko, nic nie wskazywało na to co miało stać się później. Mniej więcej w okolicy 7 kilometra poczułem dziwne ukłucie w brzuchu. Na szczęście zaraz był punkt z wodą wiec wypiłem kubek i zapobiegawczo zabrałem do kieszeni pastylkę Dextro. Niestety od 8 kilometra zaczęła się moja agonia. Ból brzucha stawał się coraz mocniejszy, a ja czekałem tylko na następny punkt odżywczy żeby móc skorzystać z toalety. Starałem się nie zwalniać tempa i nadal walczyć, jednak wizja realizacji celu stawała się coraz bardziej rozmazana. Zrezygnowałem ze zjedzenia żelu na 10 kilometrze, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji. Zamiast tego postanowiłem zjeść wcześniej zabraną pastylkę, gdyż uważałem że będzie ona mniej inwazyjna. Punkt kontrolny na 10 kilometrze zaliczyłem w 42:27 (śr. tempo 4:15), co oznaczało że „nadal jestem w grze”. Wypiłem kolejny kubek wody na 11 kilometrze, rezygnując z przymusowego postoju. Czułem że jeszcze dam radę. Prawdopodobnie gdyby nie kibice, których na tym odcinku było najwięcej, i moja mocna wola realizacji celu, odpuścił bym sobie i spokojnie dotruchtał do końca biegu. Wiedziałem jednak że jest to moja ostatnia szansa aby rozliczyć się z tym dystansem w tym roku. Nie mogłem poddać się tak łatwo! Na 14 kilometrze musiałem skapitulować i skorzystać z toalety, jednak cała akcja trwała nie więcej niż 16 sekund! Niestety na tym punkcie odżywczym zdążyłem złapać znowu kilka tabletek, jednak zabrakło czasu na wypicie wody, co na dalszym etapie biegu znacząco odczułem. Stracone 16 sekund udało mi się nadrobić na 15-stym kilometrze który pokonałem w 3:55 min/km. Czułem, że odżyłem. Znowu byłem w grupie i uwierzyłem że może mi się udać. Jednak moja pogoń za balonem kosztowała mnie sporo wysiłku i chwile później euforia przerodziła się w walkę. W moim początkowym planie było od 17 kilometra urwanie się grupie i próba walki o jak najlepszy wyniki. Realia okazały się takie że to grupą chciała uciec mi a ja musiałem wkładać coraz więcej energii żeby nie zostać w tyle. W tym miejscu chciałbym docenić pracę pacemakerów, bez których chyba bym na tym etapie odpuścił. Motywowali oni z całych sił, starali się aby grupa trzymała się razem, nie chcieli nikogo zostawić. W głowie miałem jedno: „Nie po to starałem się przez 18 kilometrów, żeby poddać się na ostatnich trzech!”. W okolicy 19 kilometra ponownie mój brzuch przypomniał o sobie i musiałem stoczyć również z nim ostrą walkę aby nie wykluczył mnie z gry. Na 20-stym kilometrze zameldowałem się po upływie 1:24:46 (śr. tempo 4:14 min/km), co oznaczało że zostało mi niewiele ponad 5 minut na pokonanie ostatniego kilometra z górką. W głowie już widziałem się na mecie (i w toalecie :) ). Końcowa prosta to już istne szaleństwo. Słysząc odgłosy stadionu i wiwaty kibiców starałem się dać z siebie wszystko, wyładować akumulator do końca. Z grymasem na twarzy pędziłem jak szalony. Już wiedziałem, że mojego sukcesu nikt mi nie odbierze! Tak oto wpadłem na wspaniałą metę na Stadionie Olimpijskim. Udało się!!! Popatrzyłem na zegarek który wskazywał 1:29:11. Plan został zrealizowany a ja czułem się dumny i wzruszony, że udało mi się pokonać wszystkie przeciwności. Podbiegłem szybko na dobieg, do mety, aby na ostatnich metrach pokibicować jeszcze moje Żonie, tak jak ona zawsze to robi. Serce mi się radowało gdy uśmiechnięta wbiega na metę, również wywalczając sobie nową życiówkę. Ta noc należała do nas!

Muszę przyznać, że był to chyba jeden z moich najtrudniejszych biegów. Na pewno zostanie on w mojej pamięci na bardzo długo, nie tylko z powodu uzyskanego czasu, lecz bardziej dlatego iż udowodniłem sobie jak wielka jest moja determinacja z drodze do realizacji celu. Przecież równie dobrze mógłbym na 10 kilometrze, gdy zaczynałem czuć się źle, poddać się i spokojnie ukończyć bieg. Przecież nikt by się tym nie przejął. Może usłyszałbym z paru ust: „Następnym razem będzie lepiej!”, „I tak dobrze pobiegłeś!” etc. Ale ja wolałem się nie poddać, podnosząc rękawice do walki i zostałem z tego powodu doceniony! Chciałbym jeszcze raz podziękować grupie pacemakerów którzy w mojej ocenie perfekcyjnie wykonali swoje zadanie. Ich praca nie ograniczała się jedynie do trzymania równego tempa, lecz również do motywowania i zachęcania. Bez nich raczej by mi się nie udało złamać 1:30 na tym półmaratonie, w tych okolicznościach.

Był to w tym roku mój ostatni półmaraton na którym ścigałem się i walczyłem o życiówkę. Na następną poprawę muszę poczekać do następnego roku, jednak już teraz wiem, że nie będzie lekko. Chyba zbliżam się do granicy w której każda próba będzie oznaczała wyjście ze swojej strefy komfortu, a poprawy już nie będą tak spektakularne. Rozpoczyna się walka o każdą sekundę.

trasa_2017_15

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *