Press "Enter" to skip to content

16 Cracovia Maraton czyli jak najszybciej zapomnieć….

Wyjazd na maraton do Krakowa rozpoczynał mój tygodniowy, majówkowy urlop. Wystarczyło tylko przebiec maraton. Wizja tygodniowego odpoczynku, leżenia do góry nogami, grillowania stawała się coraz bardziej realna. Ostatni maraton i parę miesięcy odpoczynku od dłuższego biegania. Nie spodziewałem się że „tylko maraton” będę musiał zamienić na „aż maraton”.

16 Cracovia Maraton był drugim krokiem w realizacji moje rocznego plany zdobywania Korony Maratonów. Do Krakowa wybraliśmy się w sobotę. Towarzyszyli mi jak zawsze Karolina, Wojtek oraz znajomi z którymi mieliśmy spędzić resztę majówki. Nieoczekiwanie w noc poprzedzającą wyjazd miałem problemy żołądkowe i cały dzień czułem się nieswojo, lekko osłabiony. Ból żołądka całkowicie nie minął, ale nie przejmowałem się nim jakoś specjalnie. Starałem się skupiać na rzeczach ważniejszych. Po dotarciu na miejsce przyszedł czas na mój ulubiony moment przygotowań, czyli ładowanie węgli. Na obiad wybraliśmy całkiem przyjemną knajpkę w której serwowali włoską pizze. Po wypełnieniu brzuchów do granic możliwości udaliśmy się po odbiór pakietów składających się z worka, numeru startowego, koszulki oraz paru innych mniej lub bardziej przydatnych rzeczy oraz tony makulatury. Obok biura zawodów znajdowała się sala na której mieliśmy spędzić noc. Kolejny raz korzystaliśmy z noclegu zapewnionego przez organizatora, jednak tym razem warunki były, lekko mówiąc, słabe. Na szczęście, dzięki Karolinie, udało nam się zająć pierwszy raz miejsca przy ścianie. Przyszedł czas na omówienie taktyki. Chciałem zaatakować 3:25. Czułem, że jestem dobrze przygotowany. Tydzień wcześniej na całkowitym luzie przebiegłem półmaraton ze średnim tempem, które teraz chciałem trzymać. Zrobiłem sobie nawet opaskę z międzyczasami (której później i tak zapomniałem założyć). Wspólnie ustaliliśmy, że przez pierwszą połowę dystansu biegniemy z Wojtkiem ze średnim tempem 4:50 min/km, a później ja już samodzielnie będę starał się utrzymywać je, gdyż on planował atak na 3:30. Tego wieczoru, popełniłem też dwa błędu, które jak się później okazało, przyniosły nieoczekiwane skutki – nie wypiłem piwa i nie zjadłem kanapki mocy od Żonki. Niestety przez ból żołądka zrezygnowałem z mojej tajemnicy sukcesu. Noc minęła szybko i spokojnie, a poranek przywitał nas paskudną pogodą. Było zimno i mokro. Udaliśmy się pieszo na start biegu, który znajdował się na krakowskim rynku. Starałem się, aby nawet padający deszcz, nie zaburzył mojej koncentracji. Po zdaniu bagażu do depozytu, zrobienia zdjęcia i życzeń powodzenia od Karoliny, ustawiliśmy się na starcie. Szybkie odliczanie i tłum ruszył. Pierwsze kilometry przebiegały zgodnie z planem, a pierwszy punkt pomiarowy na 5 kilometrze zlokalizowany na błoniach krakowskich wskazał 24:08. Nie czułem lekkości w nogach, ale starałem się biec sumiennie i zgodnie z założeniami. Kolejne 5 kilometrów pokonaliśmy szybciej (23:38), a ja z każdym kilometrem czułem, że jest coraz gorzej. Już na początku biegu wskoczyłem na wysokie tętno, którego nie umiałem zbić. Dalej trasa biegła przez najnudniejszy odcinek, czyli kilkukilometrową agrafkę. Na tym etapie można było na własne oczy zobaczyć dominację Kenijczyków, po przebiegnięciu których kolejna grupa biegaczy pojawiła się w dosyć dużej odległości. W okolicy 15 kilometra, mój bolący piszczel po raz pierwszy dał o sobie znać. Kolejny punkt pomiarowy wskazał 24:31, czyli w dalszym ciągu mieściłem się z moim założeniu. A ze mną było coraz gorzej, starałem się nie pokazywać tego co działo się w środku. Trasa biegu składała się z dwóch pętli i tak oto na półmetku zameldowałem się po upływie 1:41:54. Już wtedy wiedziałem, że tego dnia nie dam rady już dłużej utrzymać tego tempa. Z każdym krokiem moje nogi stawały się cięższe, a do tego byłem bardzo wyziębiony. Moje ręce były tak zmarznięte, że problem sprawiało mi otwarcie żelu. W okolicach 25 kilometra, klamka zapadła. Grzecznie podziękowałem Wojtkowi za wspólny bieg i przez dłuższą chwilę byłem zmuszony oglądać jego plecy. Teraz jeszcze, oprócz nóg, bolała mnie duma :). Od 30 kilometra rozpoczęła się moje gehenna. Modliłem się tylko o to aby dobiec do mety. Nie liczył się dla mnie już czas. Nie chciałem się zatrzymać. Spacer oznaczałby dla mnie porażkę totalną. Mój organizm przestał przyjmować nawet żele, więc skupiłem się na przyjmowaniu tabletek Dextro, które na krótką chwilę dodawały energii. Na całe szczęście, ostatnie 2 kilometry prowadziły praktycznie przez centrum miasta. Chyba, jak nigdy dotąd, potrzebowałem dopingujących kibiców, który dodawali otuchy. Nigdy dotąd nie ucieszyłem się tak bardzo, gdy zobaczyłem znak mety. Po przebiegnięciu przez linie, nie miałem nawet siły cieszyć się z ukończenia kolejnego maratonu, bądź co bądź w całkiem przyzwoitym czasie, gdyż wynik który uzyskałem (3:33:07), wiele osób brałoby z radością (również ja jeszcze miesiąc wcześniej). Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ja, w pierwszym momencie, czułem się podle. Dodatkowo moje ciało było całkowicie wyczerpane. Jeszcze przez dłuższy czas dochodziłem do siebie, a moje nogi piekły mnie niemiłosiernie. Gdyby nie pomoc Karoliny to pewnie wylądowałbym chyba w puncie medycznym, gdyż co chwilę miałem lekkie zawroty głowy i nie miałem siły nieść nawet swojej torby. Pocieszała i wspierała mnie jak mogła, ale ja czułem się jak wrak człowieka. Po szybkim (zimnym!) prysznicu, który trochę postawił mnie na nogi, udaliśmy się w drogę na dalszą cześć naszej majówki. Najgorsze było już za mną. Teraz miałem czas na odpoczynek i przemyślenia.

Organizacyjnie, 16 Cracovia Maraton nie powalił mnie na kolana. Może sprawiła to pogoda, może moje samopoczucie, ale ta impreza nie stanie się moim priorytetem w kolejnych latach. Natomiast co do samego biegu to już dawno nie zaliczyłem tak złego, w mojej własnej ocenie. Co prawda kolejny maraton do korony zaliczyłem, jednak wiem, że to nie było to czego oczekiwałem. Pomijając już czas i plan, to styl w jakim go przebiegłem, był daleki od ideału. Myślę, że swoje piętno odcisnęła również moja piątkowe zatrucie, które osłabiło mój organizm. Czy gdybym to pominąć, to udałoby mi się złamać 3:25? Nie wiem i nie mam zamiaru się nad tym zastanawiać. Tego dnia mi nie poszło, następnym razem musi być lepiej! Muszę iść dalej, a do tematu maratonów powrócę jesienią. Teraz moja uwaga skupia się na przygotowaniach i startach w triathlonach. Kolejne wyzwania przede mną. Z tej strony pragnę jeszcze pogratulować dzikowi Wojtkowi który ten maraton przebiegł w 3:25:03. Tego dnia był lepszy i przez parę miesięcy dam mu szansę nacieszyć się tym, lecz musi mieć świadomość że ta radość nie potrwa długo :).

trasa_2017_9

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *