Press "Enter" to skip to content

H2O Półmaraton Wrocław czyli położony bieg

Od samego początku, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że mam w tym biegu nie uczestniczyć. A jednak! Zdecydowałem się pobiec i nic dobrego z tego nie wyszło.

To była pierwsza edycja imprezy H2O Półmaraton Wrocław. Początkowo w ogóle nie brałem go pod uwagę w moim kalendarzu imprez biegowych. Odbywał się on dwa tygodnie po męczącym weekendzie z dwoma połówkami, tydzień po maratonie w Dębnie. Termin mi kompletnie nie pasował, więc początkowo odpuściłem sobie całkowicie myśl o starcie w tej imprezie. Jednak wszystko zmieniło się gdy zostałem poinformowany przez kolegę Wojtka, że on w tym biegu mimo wszystko wystartuje. Co, ja mam być gorszy i odpuścić? Plusem było to że bieg odbywał się na miejscu, zaraz pod samym nosem. Trasę znałem bardzo dobrze, a dodatkowo organizatorzy chwalili się atestem. Po wspaniałym półmaratonie w Sobótce, nabrałem chęci na złamanie 1:30, wiec to mogła być dobra okazja. Okazało się też, że mój kolega będzie pejsował właśnie na tym czasie, co było dodatkowym motywatorem do zapisania się. Wszystkie te czynniki sprawiły, że jednak zdecydowałem się zapisać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo będę tego żałował. Parę dni przed startem, chcąc rozbiegać nogi po maratonie zacząłem odczuwać, że moje nogi mają najwyraźniej dosyć i nie chcę ze mną współpracować. Poczułem lekki ból, który początkowo zbagatelizowałem i odpuściłem dalsze biegania aż do dniu startu. Smarowałem nogi maściami, rozciągałem, rolowałem, saunowałem. Robiłem wszystko żeby doprowadzić się do porządku. Prowadziłem wewnętrze rozmowy ze swoim organizmem. Mówiłem mu: „Jeszcze tylko ten jeden bieg. Jeszcze jedna połówka i daje Ci chwilę przerwy”. Do dnia startu myślałem, że osiągnęliśmy kompromis i będzie dobrze. Co prawda, w dalszym ciągu miałem obawy, lecz starałem się trzymać ściśle założonego planu i ustawiłem się w sobotę na starcie. Tym razem humor mi nie dopisywał. Totalnie nie miałem ochoty na ten bieg, wszystko było „pod górkę”. Było chłodno, mokro i pochmurnie. Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia, zająłem miejsce zaraz za balonikiem i wyczekiwałem sygnału do startu. TRZY, DWA, JEDEN, START!!!! Niespełna tysiąc osób ruszyło i po pokonaniu 30 metrów poczułem jak ktoś z tyłu zahacza o moją nogę, a ja lecę do przodu, prosto na mokry asfalt. Na szczęście udało mi się wyciągnąć ręce, żeby zamortyzować upadek i przekręciłem się na biodro. Po raz pierwszy zdarzyło mi się coś takiego. Szybko się pozbierałem i dokonałem przeglądu. Obyło się bez większych fizycznych szkód, a tylko ucierpiałem psychiczne. Już na samym początku miałem ochotę zakończyć bieg, usiąść na krawężniku, płakać i krzyczeć na zmiane. Jednak tłum który w dalszym ciągu był z mną, pchał mnie do przodu. Po paruset metrach dogoniłem ponownie grupkę na 1:30 i starałem się biec razem z nimi. Kolejne kilometry pokonywaliśmy ze średnim tempem 4:14 min/km, co pozwoliłoby osiągnąć zakładany cel, lecz ja z każdym kolejnym czułem się gorzej. Moje tętno było coraz wyższe, noga coraz bardziej przypominała o sobie i od około 10 kilometra, walczyłem o każdą sekundę. Po 14 kilometrze doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu, że to nie mój dzień. Nie chciałem zrobić sobie krzywdy i przekroczenie granicy 1:30 muszę przełożyć na inny wyścig. Postanowiłem spokojnie dobiec do mety. Na 16 kilometrze spotkałem dopingującą Żonkę, ale wtedy już było po wyścigu. Zdjęcia które mi wtedy zrobiła, jasno obrazują mój stan w jakim byłem. Po prostu wypompowałem się całkowicie i patrzyłem tylko z nadzieją, że może za każdym z zakrętów jest już meta. Sama w sobie trasa biegu, była bardzo słabo przygotowana, a końcowe kilometry prowadziły przez całkowicie nieoznakowany odcinek, na którym, jakby tego było mało, prawie skręciłem kostkę. Ostatnie metry pokonałem bez klasycznego finishu, ale mimo wszystko czas który uzyskałem napawał mnie optymizmem. Skoro podczas słabego dnia udało mi się przebiec połówkę w 1:32:44, to można zakładać, że gdy będę w formie, rozwale system! Okazało się, że Wojtek tego dnia miał podobny nastrój. Choć udało mu się wykręcić nową życiówkę, to nie zrealizował swojego zakładanego planu. Wspólnie stwierdziliśmy, że to był chyba nasz najgorszy bieg od nie wiadomo kiedy. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Myślę, że jest to kolejna nauka na przyszłość. Wnioski zostały wyciągnięte. Nie zawsze można być zwycięzcą. Czasami trzeba pochylić głowę i liczyć na to że moneta się odwróci. W sumie to chyba dobrze, że nie udało mi się złamać 1:30, bo to by zburzyło mój cały plan na sezon, a tak to mogę spokojnie powalczyć o ten wynik na nocnym półmaratonie we Wrocławiu.

Podsumowując, chciałbym powiedzieć jakieś miłe słowo na temat tej imprezy, lecz jedyne co mi przychodzi na myśl to to, że medal jest dosyć ładny. Ubogi pakiet, składający się z samego numeru, brak informacji o punktach odżywczych, nieoznakowana trasa i słaby posiłek regeneracyjny, sprawiają, że za rok zastanowię się czy wystartuję w tej imprezie. Nawet kibiców było niewiele, więc całość sprawiała wrażenie, jakby to była zwykła osiedlowa zabawa w berka. Spodziewałem się czegoś więcej od organizatora, który w swoim wachlarzu ma już parę fajnych biegowych imprez. Możliwe, że moje słabe nastawienie sprawiło, że tak krytycznie oceniam tą imprezę. Prawdopodobnie dam jeszcze jedną szanse, o ile za rok w tym terminie nie znajdę czegoś innego. W końcu rachunki trzeba wyrównywać. Następnym razem wrócęz tarczą, a nie na tarczy.

Trasa biegu

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *