Press "Enter" to skip to content

Dwa dni, dwa półmaratony? Challenge accepted!

Kiedy planowałem swój biegowy kalendarz na rok 2017 i zobaczyłem, że dwie wspaniałe imprezy odbywają się w jeden weekend, zasmuciłem się. W obu tych imprezach uczestniczyłem w zeszłym roku i żadnej z nich nie chciałem odpuścić. Wiedziałem, że będę musiał wybierać pomiędzy kultowym półmaratonem z ciekawą trasą a wspaniałą organizacją i niezapomnianą atmosferą. Gdy tak, porównywałem oba biegi, starając się wybrać ten lepszy, wpadłem na szalony pomysł. A czemu by pobiec w obu? W końcu jeden odbywa się w sobotę, drugi w niedzielę, a miasta dzieli tylko 200 kilometrów! Już wtedy wiedziałem, że pozornie szalony pomysł przebiegnięcia dwóch półmaratonów w dwa dni, który dopiero co wykiełkował, będzie dla mnie niezłym wyzwaniem.
Gdy dokonałem już zgłoszeń na 10 PANAS Półmaraton Ślężański oraz 10 PKO Półmaraton Poznań, bo to o nich mowa, rozpocząłem rozmyślanie o taktyce. Zdecydowałem, że najrozsądniej będzie w Sobótce pobiec na maksa, natomiast w Poznaniu cieszyć się biegiem i panującą atmosferą. Decyzję o takim planie ułatwiła mi również moja Żona, która na swój półmaratoński debiut wybrała właśnie Poznań, więc to że będę mógł jej w tym towarzyszyć jeszcze bardziej radowało mnie. Oczywiście mój szalony pomysł przebiegnięcia dwóch półmaratonów w dwa dni podchwycił Wojtek. Wcale nie musiałem go za długo na to namawiać.
Trasa półmaratonu w Sobótce nie należy do najłatwiejszych. Jest mocno pofałdowana, wiec ciężko szacować czas, utrzymać jednostajne tempo i przekładać wyniki z płaskich terenów na ten bieg. Ja zdecydowałem się przebiec go w czasie poniżej 1:40:00, co byłoby poprawą o prawie 20 minut względem zeszłego roku, kiedy debiutowałem na tej imprezie. Znałem już dobrze tą trasę wiec od początku chciałem utrzymywać tempo pozwalające mi na uzyskanie zamierzonego wyniku. Wiedziałem, co czeka na mnie później. Bieg startował o godzinie 11 z głównego rynku w Sobotce. Przez pierwsze 7 kilometrów zbiegi przeplatają się z podbiegami. Już na pierwszy kilometrach moje tempo było znacznie szybsze niż zakładane. Może sprawiła to adrenalina, ale czułem się dobrze, więc postanowiłem to utrzymać, przynajmniej do 7 kilometra gdzie rozpoczyna się kluczowy moment tego biegu – wbieg na przełęcz Tąpadła, czyli 2 kilometry pod górę. Muszę szczerze przyznać, że zapamiętałem ten fragment straszniej niż okazało się w rzeczywistości. Łykałem kolejne metry. Nawet nie zorientowałem się, gdy byłem już na szczycie. To podczas tego podbiegu wpadł mój najwolniejszy kilometr 4:55. Wiedziałem, że jest dobrze. Teraz czekał mnie 3-kilometrowy zbieg, czyli moment w którym można najwięcej zyskać. Jeśli chciałem powalczyć o jak najlepszy wynik, musiałem przycisnąć! Pokonałem wszystkie te kilometry poniżej 4 minut. Kolejne kilometry przebiegały po płaskim terenie i pokonywałem je ze średnią prędkością 4:15 min/km . Na 13 kilometrze zjadłem żel, lecz gdybym wiedział jakie będą jego skutki zrezygnowałbym z niego. Od 17 kilometra aż do końca, na trasie biegu pojawiają się 3 niepozorne podbiegi. Każdy kto biegnie w tym biegu po raz pierwszy już nie raz mocno zdziwił się. To właśnie w tym miejscu widać najwięcej spacerowiczów, który źle zagospodarowali swoimi siłami (Podobnie jak ja rok wcześniej :) ). W tym roku byłem już przygotowany, jednak właśnie od 17 kilometra rozpoczęły się moje problemy żołądkowe. Nie do końca jestem pewien co się stało, dlaczego po żelu który brałem już wcześniej, poczułem się gorzej. Może po prostu mój organizm odmówił współpracy z nim. Nadal biegłem, lecz ostatnie kilometry pokonywałem troszkę wolniej, walcząc z przeciwnościami. Na ostatnich metrach sił dodała mi dopingującą Żonka i dzięki temu na metę wpadłem z czasem 1:31:37. Prawie 8 minut lepiej niż pierwotny plan. Czy gdyby nie moje problemy żołądkowe urwałbym jeszcze parę minut, złamałbym 1:30? Nie wiem i nie chce wiedzieć :) I tak byłem bardzo zadowolony z uzyskanego wyniku, z nowej życiówki poprawionej o 7 minut na tak trudnym terenie. Wiem, że na płaskim terenie ten czas mogę jeszcze poprawić. Wojtkowi również udało się wykręcić przyzwoity czas i też mógł cieszyć się nowym rekordem. To był zdecydowanie nasz dzień. Po szybkim prysznicu, zjedzeniu makaronu oraz losowaniu nagród, udaliśmy się w drogę do Poznania. Następny dzień miał należeć do Karoliny, a ja miałem tylko pomóc jej w jak najlepszym debiucie.
Do Poznania dojechaliśmy praktycznie na ostatnią chwilę, kilka minut przed zamknięciem biura zawodów. Po odebraniu pakietów udaliśmy się do naszego znajomego Piotrka, u którego znaleźliśmy nocleg. Spać położyliśmy się dosyć szybko, gdyż jakby tego było mało, tej nocy czas zmieniał się na letni więc ukradł nam godzinę regeneracyjnego snu. Już od samego rana czuć było emocje zbliżającego się biegu. Karolina trochę stresowała się. Chciała wypaść jak najlepiej, a ja wiedziałem, że jest dobrze przygotowana i byłem pewien że sobie poradzi. Jej dodatkowym atutem było to, że będzie miała okazje biec z dwoma „zającami”. Zarówno ja jak i Wojtek zdecydowaliśmy się uczestniczyć w jej debiucie i poprowadzić ją na jak najlepszy czas. Totalnym planem minimum było złamanie 2 godzin, ale chcieliśmy się zakręcić w okolicach 1:55, co było jak najbardziej realne. Zaplanowaliśmy i przeliczyliśmy wszystko. Ustaliliśmy, że jeden z nas będzie nadawał tempo, drugi natomiast zagadywał i pilnował Karolinę, aby biegło się jej jak najlepiej. Po oddaniu rzeczy do depozytu udaliśmy się do odpowiedniej strefy startowej i czekaliśmy na sygnał startu. Początek przewidziany był na godzinę 9. Zajęło nam kilka minut zanim przekroczyliśmy linię startu, w końcu na dosyć wąskiej ulicy ustawiło się ponad 11 tys. biegaczy. Podczas pierwszych kilometrów musieliśmy walczyć o kawałek miejsca dla siebie. Ciężko było utrzymać stałe tempo i odwrotnie niż zazwyczaj, pierwszy kilometry pokonaliśmy wolniej niż zakładaliśmy. Na szczęście na pierwszym punkcie pomiarowym znajdującym się na 5 kilometrze, nasz czas przewidywał pokonanie dystansu zgodnie z planem. Kolejne kilometry pokonywaliśmy równym tempem, a Karolinie biegło się bardzo dobrze, z łatwością udawało się jej utrzymywać tempo między 5:15 a 5:20 min/km. Na 10 kilometrze dopadł mnie mały kryzys. Nogi przypomniały mi o biegu dzień wcześniej i nawet przez chwilę przeszła mnie myśl, żeby zwolnić, zostawić Karolinę i Wojtka i spokojnie dobiec od mety. Na szczęście parę kostek cukru na punkcie odżywiania postawiło mnie na nogi i wróciłem do swoich zadań. Pierwsze słabe chwile moją Żonkę dopadły na 12 kilometrze. Zaczynałem się powoli obawiać, że coś może pójść nie tak, jednak szybko się pozbierała i po chwili dalej już biegła swoim tempem. Na 16 kilometrze spotkaliśmy Piotrka, który chciał złamać 1:50, jednak chyba się troszkę przeliczył. Przez chwilę biegł z nami, lecz został w tyle. Myślę, że to ją jeszcze bardziej podbudowało i dodało jej sił. Drugi i ostatni moment zwątpienia przyszedł na 19 kilometrze, jednak i tym razem motywacyjne hasła pomogły. Wiedzieliśmy, że zbyt dużo pracy wykonaliśmy, żeby poddać się na samej końcówce. Ostatni kilometr to już była istna poezja! W akompaniamencie dopingujących kibiców oraz muzyki Karolina rozpoczęła swój finisz. Zastanawialiśmy się później skąd ona wzięła na niego energie. Momentami biegła tempem grubo poniżej 5 minut z szerokim uśmiechem od ucha do ucha. Już wtedy wiedzieliśmy że udało nam się osiągnąć cel. Meta biegu była zlokalizowana w hali, na której swój koncert grał właśnie Mezo. Wspólnie, trzymając się za ręce, przekroczyliśmy ją a nasz czas wynosił 1:53:49. Myślę, że takiego czasu nie spodziewał się nikt z nas. Karolina zaliczyła wspaniały debiut, może być całkowicie zadowolona ze swojego biegu, który zaliczyła w pięknym stylu. Bez żadnej większej ściany. Nie chwaląc się, muszę również przyznać że my z Wojtkiem wykonaliśmy też dobrą robotę. Trzymaliśmy stałe tempo, pilnowaliśmy aby Karola jadła żele, a na punktach przynosiliśmy jej wodę i izotonik. Stworzyliśmy niezłą drużynę i wspólnie sprawiliśmy, że jeszcze długo będziemy pamiętać ten bieg.
Gdyby jeszcze do niedawna, ktoś powiedział mi, że przebiegnę w dwa dni dwa półmaratony, uznałbym go za niespełna rozumu. A jednak, z pozoru szalony plan, który urodził się w mojej głowie, zaowocował tym, że wykonałem kolejny krok w mojej karierze biegacza, zdobyłem nowe doświadczenie. Zdecydowanie miło będę wspominał ten weekend. Czy za rok terminy również się nałożą i zdecyduje się na podobny krok? Nie wiem, powiem Wam za rok :).

10 PANAS Półmaraton Ślężański
10 PKO Poznań Półmaraton

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *